5 wrzesień 2010, Niedziela
        O FIRMIE          CENNIK     WSPÓŁPRACA        REKLAMA        KONTAKT


     Kwatery

     Oferty

     Warto zobaczyć
     Reklama











     Wybrany artykuł
 Polskie Morskie Oko
       Polana Zgorzelisko

Rysy nie byłyby najwyższym polskim szczytem, nie do nas też należałoby Morskie Oko, gdyby nie Władysław Zamoyski, którego przypomina Zenon Bosacki.

Zamoyski kupił Zakopane za centa - wołali gazeciarze po licytacji 9 maja 1889 r. W rzeczywistości nabycie dóbr zakopiańskich było operacją kosztowną i wielce ryzykowną. Ale i nabywca był postacią szczególną. Nazywano Władysława Zamoyskiego "dziwnym hrabią", "białym krukiem wśród arystokracji", "Don Kichotem", "żelaznym skąpcem", "zbawcą Tatr", "panem o hetmańskim obliczu", ale i "wariatem z Kórnika". Górale mówili o nim "polski władac". Urodził się w Paryżu 18 listopada 1853 r. Jego ojciec, gen. Władysław Zamoyski, uczestnik powstania listopadowego, był ważną figurą w polityce Hotelu Lambert. Marzył o wyższym wykształceniu wojskowym Władysława we Francji. Skończyło się na liceum, służbie zasadniczej w wojsku francuskim, gdzie Zamoyski junior zdobył stopień podporucznika, - i parokrotnym nieudanym starcie do École Polytechnique. Nie miał też szczęścia w miłości; zresztą nie jest pewne, czy go z przekonaniem szukał. W latach 1879-81 odbył podróż do Australii i Oceanii. Jej owoc materialny - okazałą kolekcję eksponatów przyrodniczych i etnograficznych wraz z kompletnym szkieletem Aborygena - można do dziś oglądać w pałacu kórnickim.

W roku 1882, po śmierci wuja Jana Działyńskiego, Władysław Zamoyski stał się dziedzicem Kórnika. Już wtedy wiedział, że będzie tu gospodarował "ku pożytkowi i chwale narodu, a nie rodziny", bo taka była wola Działyńskich, a młodemu Zamoyskiemu bardzo to odpowiadało. Matka, Jadwiga z Działyńskich, przystąpiła w Kórniku do realizacji dzieła swojego życia, Szkoły Domowej Pracy Kobiet, szkoły życia chrześcijańskiego i patriotycznego. Zaborcy pruscy szybko zauważyli, że w Kórniku "Polska się odbudowuje". Kanclerz Bismarck, który Polaków po prostu nie uznawał, uważając ich za Niemców, Austriaków lub Rosjan, podobno osobiście wymyślił sposób na takich jak Zamoyscy. W roku 1885 weszła w życie ustawa o tzw. rugach pruskich. Wprowadzono tam kategorię "polskojęzycznych obcych poddanych". Kto mówił po polsku, a pochodził z innego zaboru albo był obywatelem jeszcze innego państwa, powinien był opuścić zabór pruski. Około 35 tysięcy Polaków wywędrowało z Prus, pozbywszy się za pół ceny swoich majątków. Dochodziło do rozłączania rodzin, popełniano samobójstwa. Zamoyscy, jako obywatele francuscy, zostali z Kórnika wygnani, lecz własność dóbr kórnickich udało im się zachować.

Zakopane za centa

Zamoyscy początkowo chcieli całą swą działalność przenieść do Kalwarii Zebrzydowskiej. W końcu jednak nowy dwór rodzinny, a także Szkoła Domowej Pracy Kobiet generałowej Jadwigi Zamoyskiej i jej córki Marii powstały w Kuźnicach, które wraz z Zakopanem i przyległymi terenami kupił syn generałowej Władysław. Musiał w tym celu obciążyć hipotekę Kórnika. Do Adama Grudzińskiego - swego kuzyna i dłużnika - jeszcze po 20 latach zamiast wymówek słał Władysław błagalne listy: "Szkaradnie przyciśnięty jestem koniecznością spłacenia grubego długu zaciągniętego w chwili kupna Zakopanego. Mówiłeś mi, że dobrze obecnie stoisz finansowo. Może byś był łaskaw uregulować długi".

A cent w prasie wziął się stąd, że hrabia przed kupnem dał swemu pełnomocnikowi instrukcję: "Jakakolwiek będzie wysokość licytacji, dodajemy jednego centa i ani centa więcej". Dobra zakopiańskie nabył Zamoyski za 460 002 złote i trzy centy.

W roku 1901 gazety polskie pisały: "Romantyczny dwór na Kuźnicach nazywają najwyżej położonym dworem w Polsce. Ale ten dwór jest położony wysoko przede wszystkim w moralnym znaczeniu".

Dziesięć lat trwała wojna Władysława Zamoyskiego i Kazimierza Zaleskiego (dyrektora Krajowego Biura Kolejowego) o przystąpienie do budowy kolei na trasie Chabówka - Zakopane. Zanim doszło do zbudowania tej linii, a Zakopane stało się dzięki temu naprawdę popularnym uzdrowiskiem, musieli Zamoyski z Zaleskim toczyć niemal dosłowne boje, i to na wielu frontach. Starania rozpoczął Zamoyski już w roku 1889. Wkrótce dołączył do niego lekarz dr Andrzej Chramiec, który cieszył się wśród górali większym mirem jako tutejszy. Latami kołatali do najróżniejszych instytucji, jeździli do Wiednia. W roku 1899 pisał Zamoyski do siostry: "Chodzę tu po ministrach i excellencyach. Uznański (właściciel Szaflar - Z.B.) też tu chodzi deputacją z Nowego Targu, agitując przeciwko naszemu projektowi (...) - przeciwko własnemu interesowi". Pociągi ruszyły w roku 1901. W Kuźnicach znakomicie rozwijał się zakład Jadwigi Zamoyskiej dla dziewcząt. W ciągu kilkudziesięciu lat pracy, także i po odzyskaniu niepodległości, wykształcił około 6 tys. dziewcząt i kobiet. Były to uczennice "ze wszystkich zaborów; z Odessy, Petersburga, z Syberii. Wynosiły nie tylko wskazówki do praktycznego prowadzenia domu, ale i ducha odrodzonego narodowo i religijnie" - zanotowała potem jedna z wychowanek pań Zamoyskich Helena Olszewska. W okresie międzywojennym kółka "kuźniczanek" działały w Krakowie, Lwowie, Wilnie, Grodnie, Warszawie, Toruniu, Bydgoszczy, Poznaniu, Sosnowcu, Katowicach...

Po blisko trzydziestoletnim gospodarowaniu Zamoyskich w Zakopanem "Gazeta Narodowa" (29.09.1912) pisała: "Nie było w Zakopanem ani jednej sprawy, ani inwestycji, w której by hrabia Władysław Zamoyski nie brał udziału i której by szczodrze nie poparł. Telefony, rozszerzenie poczty, szkoły, muzea itp. to w wielkim stopniu jego zasługa. Oddał gminie ujęte już źródła dla urządzenia wodociągów i przyznał dla nich teren ochronny na swoich gruntach; pozwolił na urządzenie parku w swym lesie, ułatwia letnikom spacery na całym obszarze swych dóbr, choć niemałe stąd ponosi szkody. Chętnie pomaga góralom, np. przez dostarczanie drzewa pod łatwymi warunkami na budowę willi".

Dobra zakopiańskie zakupione przez Zamoyskiego w stanie opłakanym doprowadzone zostały do porządku. W lasach hrabia nie czynił w pierwszych latach żadnych wyrębów, walczył zaciekle z plagą korników, goił rany. Dopiero po około dziesięciu latach majątek zaczął dawać 2 procent dochodu rocznie, co Zamoyski przeznaczał na dokupywanie ziemi dla "Państwa Zakopane", które chciał najokazalsze podarować narodowi. Administrował dobrami Wincenty Szymborski, ojciec późniejszej noblistki urodzonej w miasteczku Bnin koło Kórnika. Najważniejszym jednak zajęciem Zamoyskiego okazała się dwudziestoletnia walka z niemieckim księciem Hohenlohe o Morskie Oko, o granicę "Państwa Zakopane", która później stała się granicą państwa polskiego.

Zygmuntowi III było trudno

Na wschód od terenu, na którym leży Zakopane - jak dowodzą dokumenty Bolesława Wstydliwego - granicą osiedlenia Polaków i poddanych węgierskich był Polski Grzebień. Spór zaczął się w XVI stuleciu, a na początku XVII zajmował się nim - z fatalnym skutkiem - Zygmunt III Waza za sprawą właścicieli tych terenów Lubomirskich. Zniecierpliwiony daleką południową kwestią król rzecz zlekceważył. Jego notatka z roku 1625 wyraża pogląd, że wyznaczanie tam szczegółowej granicy jest zadaniem "zbyt trudnym i niepotrzebnym". Jeszcze przed pierwszym rozbiorem oficerowie austriaccy robiący pomiary tych okolic mówili o granicy na Grzebieniu Polskim. Kwestię według Zygmunta III nieważną rozstrzygnęła później na szkodę Rzeczypospolitej Maria Teresa jako królowa węgierska. W roku 1770 rozkazała Węgrom okupować Nowotarszczyznę i Sądecczyznę. Trwało to tylko dwa lata, bo kiedy jako cesarzowa austriacka "ze łzami w oczach" podpisała rozbiór Polski, ten sam urzędnik, który w roku 1769 uzasadniał prawa Węgier do polskiego Podhala, teraz dowiódł, że są to jednak tereny polskie, a więc przypadają Austrii. Dla otarcia łez Węgrom oddała im Maria Teresa polską część Spiszu.

Właścicielem terenu między linią Polski Grzebień - Biała Woda a linią Rysy - Nad Żabiem stała się węgierska rodzina Palocsayów, którzy przez dziesięciolecia usiłowali granice swoich posiadłości przesunąć jeszcze dalej na zachód. Utrzymując wierchy nad Morskim Okiem, próbowali zawładnąć też stokami opadającymi ku Morskiemu Oku, a w końcu i tym przepięknym jeziorem, a przynajmniej jego połową. Zgłaszali też pretensje do położonych nieco niżej lasów. Wdzierali się w ten sposób na teren dóbr zakopiańskich i posiadłości górali. Hale nad Morskim Okiem aż po szczyt Nad Żabiem należały bowiem po części do górali Nowobilskich, zwanych tradycyjnie sołtysami białczańskimi (wsi Białka). Mieli oni na to dokument podpisany przez Jana Kazimierza, a prolongowany przez Jana Sobieskiego.

W dolinie Morskiego Oka spór osób prywatnych stawał się też sporem państwowym. Wraz z zasięgiem dóbr Palocsayów przesuwano granicę państwa węgierskiego. Kombinacje te były ułatwione dzięki bogactwu i niekonsekwencji tamtejszego nazewnictwa.

Polskie Towarzystwo Tatrzańskie w roku 1874 postawiło nad Morskim Okiem schronisko. W roku 1879 właścicielem Jaworzyny - dóbr po stronie węgierskiej spornego terytorium - po Palocsayach i baronie Szalomonie został książę Krystian Kraft-Hohenlohe-Oehringen. Najbogatszy pan Śląska nie przywiązywał wagi do drobiazgów, ale miał bojowego administratora Edwarda Kegela. Ten zaś starał się uparcie o powiększenie terenów, na których jego pan mógł polować na niedźwiedzie i kozice.

Sędziowie, pasterze i strzelcy

W latach 1883-84 sporem o Morskie Oko zajmowała się specjalna komisja węgiersko-galicyjska. Prasa Galicji szczegółowo opisywała te zmagania i właśnie w tej fazie sporu zainteresował się nimi Władysław Zamoyski. Od roku 1873 właścicielami Zakopanego i terenów na południowy wschód od wsi aż po Rysy byli panowie Eichborn i Pelz, spekulanci, którzy w lasach tatrzańskich prowadzili gospodarkę rabunkową. Bankructwo zmusiło ich wiosną 1889 r. do wystawienia tych dóbr na licytację, wygraną ostatecznie przez Władysława Zamoyskiego.

Zamoyski od początku starał się jak najczęściej manifestować swoje prawo własności na spornym obszarze. Do tego samego namawiał wszystkich posiadających tam ziemię Polaków. Jesienią 1889 pozwolił Towarzystwu Tatrzańskiemu na zrobienie ścieżki dookoła Morskiego Oka, a z lasu Żabie dał drewno na budowę kładki przez Rybi Potok.

Kegel tymczasem stawiał swoje słupy graniczne w ten sposób, żeby zaznaczyć prawo Hohenlohego do połowy jeziora. Słupy i tablice wkrótce znikły. W odwet zdarta została tablica Zamoyskiego "Państwo Zakopane". Od lipca 1890 r. dały się zauważyć i poważniejsze zwiastuny "wojny". Na sporne hale po raz pierwszy od lat przyszli od strony węgierskiej pasterze pod osłoną strzelców Hohenlohego. Za cięcie drzewa na Żabiem Zamoyski wytoczył proces administratorowi Jaworzyny.

Tymczasem do schroniska nad Morskim Okiem zjechał na sesję wyjazdową sąd węgierski, by skazać tam administratora dóbr zakopiańskich Manieckiego za naruszenie majątku księcia Hohenlohe. Sąd ten demonstracyjnie działał na terenie, którego kupno przez Polaka w poprzednim roku zatwierdził sąd galicyjski. Zamoyski wzywał do interwencji starostwo nowotarskie - bezskutecznie. Później przez lata będzie hrabia odczuwał rezerwę władz powiatowych, a także krajowych wobec swoich wysiłków. Władze z Nowego Targu niekiedy będą nawet pomagały stronie przeciwnej.

W przeciwieństwie do starostwa szybko zareagował sąd w Nowym Targu. Kiedy członkowie komisji sądowej przekroczyli kładkę na Rybim Potoku, zobaczyli na ścieżce kilkunastu uzbrojonych ludzi Hohenlohego, którzy sprzeciwili się wejściu komisji na Żabie, a leśniczy księcia załadował swą strzelbę. Komisja ustąpiła dopiero, gdy Węgrzy złożyli się do strzału. Skutek znieważenia sądu cesarsko-królewskiego był taki, że jednego z obecnych przy zajściu żandarmów węgierskich przeniesiono na inny posterunek (z awansem). Sąd nowotarski orzekł, że do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy żadna ze stron nie ma prawa wstępu na obszar sporny, a kosztami postępowania obciążył Zamoyskiego.

Cieśle Kegela budowali strażnicę nad Morskim Okiem z drewna Zamoyskiego. Kiedy doszli do połowy wysokości ścian, służba leśna hrabiego przegnała budowniczych i żandarmów. Górale szybko i jeszcze na oczach uciekających zaczęli ciąć belki na kawałki i rzucać na Morskie Oko - "sitko cisto, pieknie". Po kilku tygodniach Kegel przygotował nowy budynek, ale tym razem jego elementy wykonano w Jaworzynie. Turystom z całej Polski zabroniono wstępu na sporny brzeg Morskiego Oka.

Dochodziło do coraz drastyczniejszych incydentów z udziałem coraz większej liczby przeciwników. Górale korzystający dotąd swobodnie z lasu i pastwisk gotowi byli na wszystko. Z obu stron mnożyły się akty przemocy, Węgrzy aresztowali Polaków. Zamoyski, broniąc ofiarnie swoich ludzi i występujących po polskiej stronie górali, ledwo zapobiegł rozlewowi krwi. Czynił starania, gdzie mógł. Rozmawiał z namiestnikiem Galicji, który obiecał pomoc. Rzeczywiście, odtąd w schronisku nad Morskim Okiem ciągle mieszkali żandarmi, ale z wyraźnym zakazem wchodzenia na terytorium, którego mieli pilnować.

Kule będą gwizdały

Zamoyski, nie mogąc niczego załatwić w Galicji, postanowił szukać sprawiedliwości w Wiedniu. Wraz z Kazimierzem Langie zebrał 36 tysięcy podpisów obywateli Galicji pod petycją domagającą się ukrócenia samowoli Hohenlohego nad Morskim Okiem. Petycję złożyli u cesarza przedstawiciele koła polskich posłów do parlamentu austriackiego. Z drugiej strony interweniował węgierski minister spraw wewnętrznych. Zabiegi hrabiego zaowocowały wreszcie i we Lwowie. Sejm galicyjski wysłał w sprawie Morskiego Oka deputację do cesarza Franciszka Józefa. Wzięli w niej udział biskup metropolita lwowski Józef Sembratowicz, były marszałek krajowy hrabia Jan Tarnowski i książę Jerzy Czartoryski.

W Wiedniu zaczęto szukać dokumentów. Okazało się, że dyplomy królów polskich, mapy katastralne i cały zbiór dowodów świadczących na rzecz Polski, które ponoć Wiedeń otrzymywał w ciągu dziesięciu już lat trwania sporu, przekazywał stronie węgierskiej. A Węgrzy dawno już je "pogubili". Cesarz zaproponował powołanie sądu rozjemczego, ale zanim do tego doszło, rzecz przewlekła się jeszcze o siedem lat.

Nie zaniedbywał też Zamoyski działań propagandowych. W Galicji ukazała się anonimowa broszura "List poufny" przedstawiająca problem Morskiego Oka. Jeżeli nawet Władysław Zamoyski nie był jej bezpośrednim autorem, to z całą pewnością napisana była pod jego dyktando. "List" kończył się słowami: "Póki ludność tatrzańska wierzyć mogła, że gwałty względem nas i sądów naszych bezkarnie sąsiadom nie ujdą - że raz będą oni zmuszeni do uszanowania sprawiedliwych wyroków sądowych - tak długo można było na jej cierpliwość liczyć. Ale dzisiaj, po tym wszystkim, co zaszło, po wyroku sądu wyższego, któren do czasu nam wszelkiej opieki odmówił, a prusaka [u Zamoyskiego zawsze przez małe p - red.] do nieprawnego gospodarowania na naszej ziemi ośmielił, ludność w górach zdecydowaną jest sama się bronić, a żadne niemieckie posterunki żandarmerii galicyjskiej przy Morskim Oku na to nie poradzą. Jak Niemcy zechcą spalony dom odbudowywać, przy Morskim Oku kule gwizdać będą, a wraz z winną i niewinna krew się polać może. Odpowiedzialność zbyt wielka. Kto ją na siebie wziąć zechce?".

Otwarty stół skąpego hrabiego

Groźba była zastosowana z zimnym wyrachowaniem. W r. 1897 Austriacy wreszcie uznali, że spór należy rozstrzygnąć przez arbitraż międzynarodowy, ponieważ formalnie Austria (z zagarniętą przed stu laty Galicją) i Węgry były oddzielnymi państwami złączonymi osobą monarchy.

Tymczasem stoki nad górskim jeziorem nie zaznawały spokoju. Obie strony demonstracyjnie korzystały z przysługujących im, jak twierdziły, praw. Zamoyski naciskał białczan, żeby nie zaniedbywali pasienia bydła przy Morskim Oku. We dnie było to niebezpieczne, ale w bezksiężycowe noce nawet kilkunastoletni chłopcy przychodzili z krowami.

Odludność miejsca rozzuchwalała obie strony. Hrabia sam może by na tej zuchwałości chciał wygrać, ale mitygowała go matka. Żeby więc miejsce nie dawało okazji do gwałtów, postanowił je zaludnić. Jakby dla zaprzeczenia plotkom o swym skąpstwie urządził nad Morskim Okiem "stół otwarty". Przez dwa lata "wszystkiego jedzenia - wędliny, sery, wódki, wina - wiele kto chciał - dostawał". Bywały przy tym i sceny karczemne, ale niewielu chciało się iść tak daleko, żeby być poczęstowanym. Drogi kołowej nie było.

Granica idzie od szczytu Rysów

O wyniku sporu rozstrzygnął proces przed sądem rozjemczym w Grazu w 1902 r. W roku 1897 obydwa parlamenty, austriacki i węgierski, zgodziły się w formie identycznych aktów ustawowych na takie właśnie rozstrzygnięcie sporu. Poczucie niezależności Zamoyskiego było nieraz ryzykowne. Gdy w czasie procesu jeden z wysokich dygnitarzy galicyjskich zapytał go, kto spalił węgierskie schronisko, hrabia odpowiedział: "Górale mówią, że słoneczko przygrzało".

Konflikt o Morskie Oko miał jeszcze jeden aspekt, bardzo subtelny, i tutaj Zamoyski okazał się dyplomatą. W roku 1901 pisał: "Węgry nie miały i nie mają zamiaru popełniać rabunku na bezbronnym narodzie polskim; jest to jedynie wynik samowoli krzyżaka, odwiecznego wroga Polski, ale nigdy nie Węgrów". Podobnie interpretowała spór prasa polska, szczególnie galicyjska. Faktem jest, że konflikt o ten kawałek Tatr obchodził nie naród węgierski, ale paru - jak byśmy dziś powiedzieli - prominentów, dotyczył ich prywatnych zysków, przyjemności i ambicji.

Do procesu, który miał się odbyć przed sądem w Grazu, trzeba było znaleźć odpowiednich ludzi. Witold Czartoryski, poseł na sejm galicyjski, po wielu latach mówił: "Zasługą Władysia było, że dobrać sobie potrafił na rzeczników sprawy i doradców - nie spryciarzy, ale mężów wielkiej wartości i wiedzy". Przedstawicielami Galicji zostali prokurator lwowski Wiktor Korn, prof. Oswald Balzer oraz Aleksander Mniszek-Tchórznicki. Człowiekiem opatrznościowym okazał się prof. Oswald Balzer, który swoim charakterem, powagą osobistą i głęboką wiedzą zaimponował sądowi. W marcu 1902 roku powołano superarbitra. Został nim Jan Winkler, prezydent Szwajcarskiego Trybunału Związkowego, a więc najwyższy w tym górskim kraju autorytet prawniczy. W Grazu znaleźli się przedstawiciele 14 polskich gazet.

Winkler początkowo niewiele rozumiał z zawikłanych stosunków polsko-austriacko-niemiecko-węgiersko-słowackich. Krańcowe zdumienie okazał, kiedy relacjonowano napaść na sędziów z Galicji, co uszło napastnikom na sucho. Kiedy arbiter strony galicyjskiej Aleksander Mniszek-Tchórznicki opowiadał o znikaniu poszczególnych budowli Hohenlohego nad Morskim Okiem, Winkler - widocznie tym ubawiony - zasłaniał twarz aktami.

Balzer miał tylko jedną wadę - za dużo wiedział i erudycją po prostu zanudzał arbitrów. Przemawiał cztery dni. Przedstawiono świeżo wydaną mapę wiedeńskiego sztabu generalnego przemawiającą za racjami strony galicyjskiej. Odpowiednie poprawki w stosunku do dawniejszych austriackich map wojskowych poczynione były po dyskretnych, a intensywnych staraniach Zamoyskiego. Winkler zarządził wizję lokalną, a do pomocy jako geometrę rzeczoznawcę wezwał profesora politechniki w Zurychu, pułkownika sztabu szwajcarskiego Fridolina Beckera. Dosłownie na godzinę przed przyjazdem sądu ukończono budowę drogi z Zakopanego do Morskiego Oka - jeszcze jeden sukces Zamoyskiego.

Drugiego dnia pobytu sądu w schronisku Towarzystwa Tatrzańskiego Becker spotkał o świcie hrabiego, który kąpał się w jeziorze. Szwajcar zaczekał, aż się Zamoyski ubierze. Właściciel sam miał okazję pokazać, jak daleko i dlaczego sięgają jego prawa, wyjaśnić nieporozumienia o nazwy i bieg Rybiego Potoku oraz Białki. Dwie godziny później rzeczoznawca z gotowym już szkicem poszedł z całym składem sądu na miejsce spływu dwóch strumieni i jasno wyłożył, w czym rzecz. Po jego wykładzie nastąpiła cisza. Nie było kontrargumentów ani komentarzy. Ten moment wydaje się dla całej sprawy decydujący.

11 września odbyło się decydujące, tajne, a burzliwe posiedzenie sądu. Wyrok zapadł 13 wieczorem. Zgodnie z sugestią Beckera wyznaczono granicę naturalną: grzbiet Nad Żabiem. Istotna część wyroku, dziesięć linijek druku, zaczyna się od słów: "Granica idzie od szczytu Rysów...". W ten sposób Władysław Zamoyski, angażując wszystkie swoje siły, wpływy i fundusze, przyczynił się do rozstrzygnięcia konfliktu między Cesarstwem Austrii a Królestwem Węgierskim. W ten sposób ukształtował jednocześnie odcinek przyszłej granicy Rzeczypospolitej Polskiej.

Sukces odbił się głośnym echem w prasie polskiej, choć o głównym triumfatorze pisano powściągliwie. W Krakowie zawiązano komitet dla uczczenia Tchórznickiego, Korna i Balzera, rada miejska wyraziła im hołd, a Sanok uczynił swoimi honorowymi obywatelami. W Zakopanem aktor Ludwik Solski urządził korowód, w którym wiwatowano na cześć Szwajcarów Winklera i Beckera, a niektórzy świadkowie twierdzą, że i Zamoyskiego... Na pewno wspomniał o nim "Kurier Warszawski" (12.09.02), wymieniając wszystkie zasługi "w obronie granic Galicji".

"Prasa nie lubiła Zamoyskiego. Przywiózł duszę wojującego powstańca, a prasa, szczególnie Galicji, nie lubiła takich. Zrażał sobie ludzi wpływowych i znaczących, bo tych najostrzej osądzał w swoich wypowiedziach pełnych swady, w nieco archaicznej, a więc tym bardziej dobitnej polszczyźnie, a w krytyce nie potrafił zachować miary" - pisze biografka hrabiego Helena Gawrońska. Po triumfie w Grazu sam Zamoyski stwierdził: "Pan Bóg wysłuchał, dając narodowi choć jeden dzień weselszy wśród tylu bólów, krzywd i nieszczęść".

Ciche zwycięstwo

Rozstrzygnięty był więc spór między państwami, ale pozostał do rozstrzygnięcia spór prywatny o ten sam teren między właścicielem Zakopanego a księciem Hohenlohem. Zaczęła się seria procesów przed sądami galicyjskimi, ale obie strony po staremu tworzyły fakty dokonane. Polacy zbudowali mostki na potoku i kolebę dla swych straży, a Węgrzy zniszczyli te obiekty. Leśniczy Bieńkowski odbudował. Co jakiś czas dochodziło znów do incydentów między służbą leśną hrabiego i księcia, komisje rozstrzygały spory. W 1903 r. Zamoyski wytoczył proces sam sobie po tym, jak Węgrzy uprowadzili krowę góralki Burowej. Ponieważ stało się to na terytorium spornym, hrabia zainspirował proces wytoczony przez Burową Zamoyskiemu, ponieważ krowa zaginęła na jego gruncie. Zakopiański skąpiec poniósł wszystkie koszta, dopilnował, by proces przegrać, a za krowę zapłacił. Wyrok był dla niego cennym dowodem posiadania.

Po niezliczonych rozprawach i apelacjach sprawa znalazła się ostatecznie w Trybunale Kasacyjnym w Wiedniu. Do definitywnego rozstrzygnięcia doszło 6 maja 1909 roku. Sukces odniósł adwokat Zamoyskiego Józef Skąpski. Sąd uznał, że Żabie należy do Władysława Zamoyskiego i polskich górali. Tym razem echo tej "prywatnej" sprawy było znacznie słabsze, chociaż np. książę Kazimierz Lubomirski wydał na cześć Zamoyskiego obiad.

Najszczęśliwszy dzień w życiu

Zamoyski opuścił Zakopane po rozpoczęciu I wojny światowej. Wraz z siostrą organizował w Paryżu stowarzyszenie pomagające Polakom we Francji. Wielu z nich weszło później w skład armii gen. Hallera. Współpracował z Komitetem Narodowym Polskim. Do końca niewyjaśniony pozostaje jego udział w dostarczaniu dokumentacji na paryską konferencję pokojową przed traktatem w Wersalu. Ukrywał bowiem swoje działania w obawie, że Niemcy zatrzymają Wielkopolskę.

Po wojnie wrócił do Kórnika. Zmarł 3 października 1924 roku. Ostatnie lata życia poświęcił na utworzenie fundacji Zakłady Kórnickie. W ten sposób podarował narodowi obszerne majątki ziemskie, pałac w Kórniku ze wspaniałym parkiem i bezcenną biblioteką, a także dobra zakopiańskie, które stały się zalążkiem Tatrzańskiego Parku Narodowego. 20 czerwca 1924 r. w Śremie Władysław Zamoyski podpisał akt zrzeczenia się całego majątku rodziny Zamoyskich z Kórnika na rzecz fundacji. Zanotował: "Dziś najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Nie mam już nic".

Zenon Bosacki

     Hosting
     Reklama


 Wydrukuj     Poleć znajomemu


O Firmie | Cennik | Współpraca | Reklama | Kontakt
Copyright © 2oo2, iPX.pl. All rights reserved.